|
(...) Na scenie ustawiał się już Sweet Noise. Przyznam się, że poprzednie płyty tego
zespołu były dla mnie bardziej niż przeciętne, a jakość nagrań i zawartość muzyczna, która
była pusta jak repertuar telewizyjnej dwójki, odrzucała mnie na odległość. Jednak ostatni
krążek, to już inna bajka. Niesamowita produkcja, świetna wizualizacja zespołu, sample od
których przechodzą ciarki po plecach - oczekiwałem czegoś specjalnego także w Spodku. Przed
koncertem dało słyszeć się różne głosy o zespole - od nienawiści i pogardy, do
umiarkowanych i obojętnych opini. Byłem ciekaw przyjęcia zepołu. Podczas koncertu
można było słyszeć skandowanie nazwy, ale i pojedyńcze „spierdalać” czy „do domu”.
Na scenie zaprezentowali głównie utwory z najnowszej płyty choć nie zabrakło klasyków
jak np „Bruk” czy „Ghetto”. Sweet Noise świetnie zadbał o oprawę sceniczną (teatralność
występu, oprawa choreograficzna, światła, ruch). Przed tym jak zaczęli grać na scenie
leciało intro i łaziła jakaś mała postać z dużą głową, którą można także zobaczyć na
jednym z teledysków. Momentami było tam z 8 osób w tym biegający, skaczący, wspinający,
leżący i nieziemsko wściekły Glaca. Występ SN to też niestet kilka problemów technicznych,
które nawet mnie doprowadziły do kurwicy. Zespół, który nie gra muzyki, ale ją obrazuje
jak spektakl, nie może mieć takich wpadek. Wielki minus dla obsługi. Jestem pewien, ze
mieli potem problem z uspokojeniem Glacy, który podczas koncertu rzucał mikrofonem o scenę.
Mimo, to oklaski mówiące „nic się nie stało” utwierdziły zespół, ze wszystko jest w
porządku. Ciekawostką jest to, że na utworze „down” zagrał gościnnie Doc z Vadera.
Jestem pewien jednak, że ich koncert zdobył kilku nowych zwolenników, ale większość osób,
które z założenia położyły laskę na SN nie zmieniło zdania. Szkoda, bo trzeba dać szansę
każdemu. Wydaje się, że trzeba być ślepym aby nie docenić ich występu.
|