Wywiad ze Sweet Noise

Waszą najnowszą płytę nagrywano dwa lata. To długo. Dlaczego?
Glaca: Nagrywaliśmy ją dokładnie trzy lata. Pierwszy rok po wydaniu płyty "Koniec wieku" zajęło nam próbowanie nowych kompozycji. Zastanawialiśmy się co zrobić, aby pchnąć "Sweet Noise" w nowym kierunku, a nie powtarzać tego co już było. To nas napędzało. Chcieliśmy zrobić duży krok, wyskoczyć poza konwenanse, poza standardy, które utarły się do tej pory. Poznaliśmy parę osób, które otworzyły nam głowy. W tym czasie przez rok w piwnicy powstawały w małym składzie szkice piosenek, które są na płycie. Szukaliśmy sposobu wykorzystania instrumentów w inny sposób. Pojawił się komputer i możliwość zrobienia tego samemu. Wszystkiego uczyliśmy się od początku. Kupiliśmy urządzenia, służące do tego, aby dobrze wgrać dźwięk i zaczęliśmy to robić. To też miało wpływ na czas przygotowania płyty, ale głównym powodem jest to, że 50 procent czasu spędziliśmy na przemyśleniach wokół każdego dźwięku, czy ta droga jest słuszna. Bardzo dużo rozmawialiśmy. Tak duża zmiana z zespołu hard rockowego, hard corowego w kierunku bitów, elektroniki, rzeczy, których nie robiliśmy wymaga przełamania pewnych barier, które są w każdym z nas. Staraliśmy się je przełamać tak, aby w żadnym z nas nie pozostawić żadnych kompleksów. i wątpliwości.

Czy tytuł "Czas ludzi cienia" to przesłanie na przełom wieków czy może chodzi o coś więcej?
Glaca: Ona była robiona z pozycji, z którą kojarzy się cień. Powstawała w samotności jako bunt przeciwko polskiej rzeczywistości i branży muzycznej, którą już dawno uznaliśmy za nieproduktywną, zblazowaną, pustą i taką, która oddaliła się od słuchaczy, których szanujemy. Stanęliśmy po stronie szczerości muzyki, szczerosci przekazu. Przeciwko tym wszystkim, którzy jak śpiewa zespół "Perfect" obrośli w tłuszcz. Pisząc teksty myślałem dla kogo piszę. Nie tylko istnieje świat popkultury i kolorowych magazynów, programy "Idol" i "Milionerzy", ale i świat małych miasteczek, slumsów , wsi gdzie dzieciaki nie mają perspektyw, gdzie rodziny glodują, na krawędzi nędzy. Odkrywam do kogo ona dociera.

Do kogo?
Glaca: Nawet do tych, którzy zamieszkują ośrodki Monaru i Markotu. Przekonałem się o tym wchodząc w akcję poświęconą pamięci Marka Kotańskiego. Jeśli zwykle jestem pełen sprzeczności przy takich akcjach wiedziałem , że to jest O.K. i zaśpiewałem utwór Hołdysa. Poznałem narkomanów i kolesi po wyrokach jedenasto, dwunastoletnich. Poznałem pielęgniarkę, która mówiła, że gaże jej i męża starczały tylko na opłacenie mieszkania. Dlatego zaczęła pracować za mieszkanie. Tacy ludzie też istnieją, choć się o nich nie mówi. W tych domach zagościła płyta. Ci ludzie odkrywają świat tego albumu, "świat ludzi cienia" i to jest taki nasz protest przeciwko systemowi, który wszystko zakłamuje i przekłamuje.

Wspomnieliście, że branża jest zblazowana. Czy to bylo powodem, że zmieniliście wytwórnię płytową?
Magic: Absolutnie tak. Mamy własną firmę. "Pomaton EMI" jest tylko dystrybutorem naszej plyty. Wydawcą jest "Noise Inc". Pomógł nam wydawca z "Jazz'n'Java", pasjonat, który wydaje jedną płytę na pół roku. Tak naprawdę płytę wydaliśmy sami. Cały nakład finansowy związany z przygotowaniem i produkcją albumu pokryliśmy sami. Oddaliliśmy się od dużych korporacji, bo one zaczęły działać na chorych zasadach gdzie nie profesjonalizm decyduje o wysokości pensji, ale uklady. ale tak jest w Polsce wszędzie, w rządzie, w kościele, w szkole. Byłem w stanie przemilczeć wiele ich przekrętów, ale kiedy zaczęli wysuwać żądania obniżenia poziomu jakości płyty, który był warunkiem ukazania się albumu stwierdziliśmy, że upadający poziom polskiej muzyki doprowadzający do tego, iż słuchacz odwraca się w kierunku Zachodu, powinien stworzyć sytuację, w której my to podwyższymy. Oni stwierdzili, że nie. Możemy zaproponować średni poziom, bo polski słuchacz słyszy średnio.

Łatwo jest wydawać samemu płytę. Nie było sponsorów?
Glaca: Wszystko kosztowało ok. 2 mld starych złotych. Mamy inwestorów, którzy niech pozostaną w cieniu. Takie mamy umowy. Nasza sytuacja jest o tyle dobra, że mamy swój management. Nie ma nacisku na media. Nie ma szantaży - piszcie to pojedziecie na koncert Jennifer Lopez, albo dostaniecie klucze do samochodu. To znane techniki. U nas jest "Czas ludzi cienia". Jest Woodstock, gdzie słucha nas 300.000 ludzi. Możecie pisać. Nie podoba się wam nie róbcie tego. Myślę, że nadejdzie czas, iż media dostrzegą wymagającego słuchacza.

Skąd pomysł na zaproszenie do nagrania Anny Marii Jopek?
Magic: To był przemyślany ruch. Piosenka "Dzisiaj mnie kochasz jutro nienawidzisz". na początku brzmiała jak stary hippisowski numer. Ciężko było się do niej przekonać. Była nudnawa. Potem przeszła taką ewolucję jak żadna inna piosenka na tej płycie. W pewnym momencie odkryliśmy, że znakomicie byłoby gdyby stała się piosenką z tajemniczym pięknym elementem w środku. Myśleliśmy o zaproszeniu Kory, o innych. Z Anną Jopek znaliśmy się już wcześniej. Zawsze była nam przyjazna. Zaproponowaliśmy jej to. Glaca pojechał do niej do domu z nagraniem w wersji demo. Natychmiast zaproponowała swoje wokalizy. Myśmy to przemyśleli. 22 grudnia ubiegłego roku jako ostatni element na płycie wgrywaliśmy jej wokalizę. Przyjechała z mężem Marcinem Kydryńskim. Nagrywaliśmy przez kilka mistycznych godzin. Po tym co zaproponowała przekonałem się jakie są możliwości takiej wokalistki. To było coś czego nie zapomnę. Zmieniła piosenkę. Mój sposób myślenia o tej piosence zmienił się też o 50 procent. Kiedy odkryłem, że można to tak przedstawić podziałała na mnie dźwiękiem. Ania zaśpiewała. Marcin stwierdził, że coś się będzie działo i.. zasnął. To była piękna noc. Nie spodziewałem się, że możemy wykrzesać tyle energii, raczej spodziewałem się, że będzie to "szybka wgrywka". Ale było to coś co totalnie zmieniło cały utwór. Gdy zaczęły się "schody" z Universalem i wydawało się, że coś się może nie wydarzyć wtedy Ania brała za telefon i pomagała. Musi być osobą bardzo odważną. Ma czuja. Myśli podobnie. Jeśli ja mówię , że można by było nagrać coś z Tool to Ania myśli, że fajnie byłoby nagrać coś z Metem, z Patem Methenym. Wierzę, że ją na to stać. Przy tym jest skromna. Jesteśmy bardzo podobni do siebie. Gdy puściliśmy jej swoje demo powiedziała, że brzmi ono jak płyta.. My robimy demo jak całą budowlę choć nieociosaną. Nowa płyta mogłaby się pojawić w ciągu roku, tylko jest kwestia czy o to chodziło. O powielanie, czy o świeży powiew. Była to potężna sztuka cierpliwości i czekania. Przez 12 godzin nagrywaliśmy dwa dźwięki. Ludzie z zewnątrz dziwili się co oni tam robią.

Glaca: W branży jest tak, że muzycy prześcigają się w opowieściach, który z kolegów jest bardziej pojebany, ludzie się nie lubią, oddzielają pewnymi barierami. Nie jest przyjęte, że muzyk jazzowy nagra płytę z trash metalowcem. Owszem Jimi Hendrix miał nagrać płytę z Milesem Davisem, ale nie zdążył. Ania się tego nie bała. Mamy dla siebie wzajemny szacunek. To jest tak jak dobry seks. Trzeba myśleć o tym drugim wtedy wszystko jest zajebiście i idzie się na maksa.

Czy wasza płyta będzie dostępna tylko w Polsce czy tak jak to było w przypadku "Ghetto" także w świecie?
Glaca: Kredyt zaufania jaki tworzą kolejne płyty w Polsce doprowadził do tego, że odważyliśmy się na krok w kierunku przemiany muzycznej. Wychodzę z założenia, że ludzie, którzy są w "Sweetnoise" ufają temu co robimy. Dlatego możemy pozwolić sobie na drastyczną zmianę swojego muzycznego ja. Na samej górze tego wszystkiego jest przekaz. Jeżeli my go nie zepsujemy odświeżymy się tak, że my sami będziemy czuli w tym potężną moc. Wiemy, że płyta będzie lepiej zrozumiała tu niż poza granicami. Mówię do ludzi, których znam. Ale następna płyta powstanie - to będzie impresja na temat "Czasu ludzi cienia" w wersji anglojęzycznej. Mam nadzieję, że oryginał będzie zawsze dla Polaków bardzo szczególny.

Co to znaczy być "Sweet Noise"?
Glaca: To znaczy szczerość, oddanie, ciężka praca, poświęcenie. Nigdy nie wiadomo co będzie jutro. Szukamy ludzi, którzy powiedzą, że w tym jest ładunek. Robimy rewolucję. Pytając dlaczego niektórzy muzycy z nami nie wytrzymują trzeba zapytać Owsiaka dlaczego nas zaprasza drugi raz na "Woodstock" i tych 300.000. które nas tam słuchało. Ktoś w internecie zapytał czemu przed nami było tyle supportów. Nasz występ był potężnym nokautem.

Jak będzie wyglądać dalsza promocja płyty. Koncerty?
Henry Tod: My oddaliśmy płytę ludziom i oni zadecyduja. Nie wspiera nas wielka machina muzycznego biznesu. Większość rzeczy wykonujemy sami. Na naszą stronę internetową wchodzi 1000 osób dziennie. Na Woodstock słuchało nas 300.000 ludzi. Teraz musimy przekonać organizatorów, że jedynym miejscem w Poznaniu gdzie możemy wystąpić jest Arena. Bo tylko tam mieszczą się nasze dekoracje.


Rozmawiał: Marek Zaradniak
Data: ??.08.2002
Źrodło: Gazeta Poznańska

<< Powrót