"Odświeżająca negacja wszystkiego"
Wywiad z Glacą

Sweet Noise zadziwia konsekwencją. Najnowszy, czwarty już album w dyskografii zespołu dostarcza jak zwykle porcję hałaśliwych “protest songów”, w których walka z systemem, zachowanie godności i uczciwość w relacjach międzyludzkich, stanowią wiodący wątek. Tym razem jednak tematyki tej nie ilustrują już drapieżne, gitarowe dźwięki. Ewolucja zawiodła zespół w rejony elektronicznych brzmień, ciężkich przytłaczających bitów, dość bliskich stylistyce industrialnego rocka. O tejże ewolucji, Jungu i naturalnie walce z systemem rozmawiamy z wokalistą grupy, Glacą.

Powiedz, masz poczucie humoru?
Mam, chociaż dość specyficzne. Zostawiam je jednak dla ludzi, z którymi czuję się naprawdę komfortowo: rodzina, przyjaciele, bardzo blisko związani z nami fani... Humor i radość są dla mnie sprawami bardzo intymnymi.

Pytam, bo gdyby pokusić się o znalezienie wspólnej cechy wszystkich działań Sweet Noise, byłaby nią zapewne posągowa wręcz powaga...
Nic dziwnego. W zasadzie wszystkie rzeczy, które kształtowały moją wrażliwość: książki, filmy, muzyka, były poważne. Bodaj jedynym wyjątkiem od tej reguły jest AC/DC, a więc projekt w którym jest radość, witalność, humor i sex. Generalnie jednak humor na sprzedaż nie inspiruje mnie. Zawsze postrzegałem naszą działalność jako ujście emocji, wywołanych jednak sprawami, w których nie ma nic zabawnego.

Słuchając tekstów z “Czasu ludzi cienia” zastanawiam się, czy nie są one ostrzejsze od tekstów z wcześniejszych płyt. Jesteś facetem posiadającym rodzinę, uznanym artystą... Czy taka sytuacja nie zachęca do złagodzenia światopoglądu?
Nie jest do końca tak jak myślisz. To, że mam rodzinę i moje płyty są znane, nie oznacza, że odczuwam stabilizację i komfort. Chociaż przyznaję, że bałem się takiego momentu. Po nagraniu “Końca wieku” popadłem w okres... może nie zadowolenia, ale jakby spełnienia. Ta płyta wyczerpała mnie na długi czas. Nie byłem pewny, czy będę jeszcze potrafił wykrzesać z siebie tyle emocji, zagłębić się w swoje “ja”, odnaleźć tyle wrażliwości... Widzisz, rzecz w tym, że w przypadku Sweet Noise nigdy nie tworzymy “do szuflady”. Jeśli gramy, to zawsze z myślą o płycie. W okresie tworzenia materiału jesteśmy mu całkowicie podporządkowani: mentalnie, psychicznie i artystycznie. Natomiast okres pomiędzy płytami wypełnia inspirowanie i wyczulenie na interesujące nas bodźce. Problem polegał na tym, że po “Końcu wieku” miałem wrażenie, że o ile inspiruje mnie w dalszym ciągu wiele rzeczy i na wiele jestem wyczulony, o tyle nie czułem się na siłach stworzyć z nich dzieła.

Czy to znaczy, że uważasz “Koniec wieku” za szczytowe osiągnięcie Sweet Noise?
Szczytowe osiągnięcie na naszej drodze drążenia ekstremalnej strony dźwięku. Nawet nie próbowaliśmy komponować czegoś, co byłoby z tą płytą porównywalne. Musieliśmy poszukać sobie nowego “ja”.

Dlaczego jednak to “nowe ja” rozbrzmiewa elektroniką?
Wynikło to prawdopodobnie z potrzeby udowodnienia sobie, że nawet diametralnie zmieniając instrumentarium i brzmienie potrafimy grać na ten sam temat. Kiedy debiutowaliśmy w Jarocinie w 1994 roku, poczuliśmy, że mamy w sobie coś, co potrafi ludzi zaskoczyć. I prawdę mówiąc było to dla nas bardzo ważne. Tymczasem tworząc kolejny “Koniec wieku” stalibyśmy się po prostu przewidywalni. Zwróć uwagę, ze kiedy bierzesz do ręki płyty skądinąd bardzo dobrych zespołów jak np. Red Hot Chili Peppers, z grubsza biorąc możesz spodziewać się, że zabrzmi ona mniej więcej w taki a taki sposób. Ja wolę drogę typu David Bowie czy Peter Gabriel. Ci faceci mogą przez dziesięć lat nie wychylać się ze swoich pieczar, w których tworzą, po czym zaserwować doskonałe, aktualne i świeże materiały. Nie dalej jak wczoraj widziałem nowy clip Gabriela – absolutnie dzisiejszy, świeży artysta, który równie dobrze mógłby teraz zaczynać karierę. Dokładnie to samo było kilka lat temu z “Outside” Bowiego. Ta droga jest mi bliższa. Mogę kilka lat nie wydawać, żadnych płyt, ale kiedy już wydam to zaskoczyć. Nie przyzwyczajać ludzi do jednego muzycznego “ja”.

A jednak nawet elektroniczne brzmienie “Czasu ludzi cienia” nie zmieniło diametralnie oblicza zespołu. Jeśli o mnie chodzi, pozostaliście w dalszym ciągu grupą rockową: drapieżną i agresywną. Powiedz, na ile śledzicie nowe nurty muzyczne? Od czasu waszego debiutu przewalił się przez świat post rock, retro rock, neopsychodelia z okolic Radiohead, hip-hop i oczywiście techno.
Lubię Radiohead i tego typu klimaty, ale prawdę mówiąc bardziej interesuje mnie muzyka absolutnie nowa, niż taka, która jest wariacją na temat tego, co już było. Z tego, co wymieniłeś działa na mnie elektronika: Autechre, Aphex Twin, Portishead i np. francuski hip-hop. Nawet lubię słuchać płyt z tradycyjnym spojrzeniem na rock, ale jeśli chodzi o inspirację to są to z pewnością te rzeczy, które przedstawiają nowe spojrzenie na brzmienie czy rytm. Natomiast to, co mówiłeś o mimo wszystko rockowym charakterze naszej nowej płyty wynikło być może z faktu, że szkielet utworów powstawał jednak w sposób tradycyjny. Dopiero później uczyliśmy się obsługiwać sprzęt służący do produkcji nagrań i nadaliśmy im aktualna formę. Co ciekawe, ta strona produkcyjna trwała dłużej niż samo komponowanie.

Czemu więc zrezygnowaliście z profesjonalnego realizatora nagrań?
Ponieważ taki człowiek ma ogromny wpływ na cały obraz muzyki. W pewnym momencie trochę tracisz kontrolę nad nagraniem; ci ludzie coś podkręcają, coś przestawiają, ty nie do końca wiesz co się dzieje... woleliśmy wziąć sprawy w swoje ręce i samemu decydować o tym, co chcemy osiągnąć.

W twoich tekstach aż nader często pada słowo “system”. Co przez nie rozumiesz?
To słowo ma wiele znaczeń, ale akurat to, w które uderzam i któremu poprzez tę płytę chciałem napluć w twarz oznacza działania wielkich koncernów, systemów rządowych i zorganizowanych systemów religijnych. Trudno tu wdawać się w szczegóły, ale generalnie wszystkie te systemowe grupy roszczą sobie prawo do narzucania nam swojej wizji świata jako jedynej właściwej. Stwarzają sztuczne normy, problemy i rozwiązania, narzucając je nam jako nasze normy, problemy i rozwiązania, podczas gdy w istocie służą one wyłącznie ściślejszej kontroli społeczeństwa i wykorzystywaniu jego sił, co z kolei służy wyłącznie interesom systemu. Ale nawet nie to jest najgorsze. Znacznie gorszy jest fakt, że ludzie nie mają tej świadomości i bez pytania przyjmują ten świat za swój. Pamiętam jako dziecko w Sudanie, że tam kiedy ludzie się uśmiechali to uśmiechali się szczerze, całym sobą. Tutaj na Zachodzie ludzie skrępowani systemem uśmiechają się, aby coś osiągnąć. Tu właśnie tkwi zło systemu – powoduje, że ludzie są gorsi.

Może to po prostu różnica kulturowa? Ostatecznie Afrykę od Europy dzieli przepaść.
Nie sądzę. Podobnie wygląda porównanie ludzi w wielkich miastach i na wsiach. Ale ten uśmiech to tylko przykład. Przecież coraz częściej i coraz bardziej otwarcie mówi się w mediach, kto ile zarobi na danej wojnie, ile musi dostać jakiś rząd za poparcie udzielone w wojnie, komu służy skłócanie kultur... A przecież na żadnej wojnie i konflikcie nie skorzysta żadne społeczeństwo, tylko organizacje systemowe. I właśnie działanie tych organizacji widać najlepiej w momencie gdy przekonują ludzi do jakiejś idei, a ludzie się z nią godzą, bo tak zostali już ukształtowani. Niemal od czasu piaskownicy, ktoś wybiera za ciebie opcję religijną, polityczną czy jakąkolwiek inną. Ludzie są przyzwyczajeni, że idee podaje się im na tacy, bez konieczności dokonywania wyborów.

Jakaś recepta?
Myśleć po swojemu. Być jednostką świadomą.

Skoro jesteśmy już przy wielkich koncernach... Co było przyczyną Waszego rozstania z Universal Music, firmą która wydawała was od początku?
System wyzysku, że tak powiem... Do pewnego momentu nie było w naszej współpracy szczególnych tarć. Raz lepiej, raz gorzej, ale bez poważniejszych spięć. Generalnie mieliśmy swobodę artystyczną i zgodę na coraz lepszą produkcję i promocję. Do dziś jestem bardzo wdzięczny Andrzejowi Puczyńskiemu za pomoc jakiej niejednokrotnie nam udzielał. W pewnym momencie nastąpiły jednak w firmie spore zmiany, między innymi personalne. I właśnie na skutek tych zmian, zetknąłem się z murem tak głupiej, wewnętrznej biurokracji; biurokracji która traktuję muzykę jak każdy inny produkt. Może trudno w to uwierzyć, ale tam naprawdę nikomu nie zależy, żeby płyta była dobrze nagrana, żeby dobrze brzmiała i były na niej dobre, świeże kompozycje. Ważne żeby wyprodukować ją jak najtaniej i jak najszybciej. Kiedy usiłowałem przekonywać ich i mówiłem: “Słuchajcie. Ludzie mają internet, telewizje całego świata, słuchają rzeczy o jakich wam się nawet nie śniło, bo nie ruszacie się zza swoich biurek. Są coraz bardziej świadomi muzycznie i nie da się im sprzedać produktu odbiegającego jakością od światowych standardów.”, słyszałem odpowiedź: “wydaje ci się”. I właśnie w tym miejscu rozpoczął się konflikt z działem A&R Universalu, a mówiąc konkretnie z jego szefem. Kiedy usłyszałem z jego ust groźbę, że istnieje co najmniej dziesięć sposobów, żeby zablokować mój zespół, po prostu zerwałem kontrakt.

Jesteś jednym z niewielu polskich muzyków, eksperymentującym nie tylko z muzyką, ale też z własnym wyglądem. Czym dla ciebie są te wszystkie tatuaże, kolczyki, kolory włosów...etc.?
Wszystkie tatuaże, które mam na sobie to jest Sweet Noise. Nie ma imion kobiet, smoków, ani niczego takiego. Wierzę po prostu, że można w pewnym momencie tworzyć jedną, organiczną całość z muzyką, którą się gra. Jeżeli rozpoczynam pracę nad płytą, to wprowadzam się w odpowiedni nastrój, czytam odpowiednie książki, oglądam wybrane filmy, chodzę na samotne spacery... i w końcu utożsamiam się z tym, co tworzę. Zmieniam wszystko, a więc również swój wygląd. Poza tym wszystko, co ze sobą robimy służy również temu, żeby nasz przekaz lepiej trafił do ludzi. Staramy się przykuć ich uwagę, zaciekawić.

Wspomniałeś, że podczas tworzenia płyty czytasz m.in. odpowiednie książki. Jaka literatura zainspirowała cię podczas pracy nad “Czasem ludzi cienia”?
Przede wszystkim prace Junga poświęcone podświadomości i archetypom.

Czyżby z tego powodu, że właśnie prace Junga są bazą dla dzisiejszej, “systemowej” socjotechniki?
To jest jeden z wielu powodów. Ale oprócz Junga wpłynęły na mnie myśli pewnego filozofa z Indii, który zanegował dokładnie wszystko. Postulował odnajdywanie siły w niewiedzy i muszę przyznać, że jest to myśl odświeżająca. Kiedyś budowałem precyzyjne teorie, w których coś zawsze wynikało z czegoś i byłem tego pewny. Teraz potrafię wątpić i przyznawać, że nie wiem. Nie chciałbym jednak, żeby to wszystko brzmiało tak mrocznie. Ludzie często zarzucają nam, że w tym, co robimy nie ma światła. A ja myślę, że nasz zasadniczy przekaz jest ostatecznie pozytywny. Mówimy przecież, że można się zbuntować i na pewnym poziomie nikt nie może tego zabronić.


Rozmawiał: Wojtek Wysocki
Data: ??.??.2002
Źródło: www.nuta.pl

<< Powrót