|
Na półki w sklepach muzycznych właśnie trafił najnowszy krążek Sweet Noise. Jaki jest? Jacy powinni być artyści, by dawać inspiracje kolejnym pokoleniom? Zobacz, co powiedział Glaca w SPECJALNYM WYWIADZIE DLA WIRTUALNEJ POLSKI na chwilę przed premierą płyty.
Zacznijmy od najnowszej płyty. Niedawno nakręciliście teledysk do "Sympathy for the Devil part. 666". Powiedziałeś, że tkwi w nim ogromna głębia i tajemnica, które cię fascynują. Sami napisaliście do niego scenariusz i twierdzicie, że dzięki temu jest to bardzo osobisty obraz. Czy tak będzie też w przypadku kolejnych teledysków?
To jest wspaniała sprawa kiedy możesz sam stworzyć obraz do własnej muzyki. Jest to pewnego rodzaju interpretacja. W końcu teledysk sugeruje ci wiele. Rzeczywiście w przypadku pracy nad obrazami do utworu "Sympathy for the Devil part. 666" i jeszcze jednego, który ukaże się jesienią, sytuacja była dość specyficzna. Pojechaliśmy do RPA. Dla mnie ten wyjazd miał wydźwięk bardzo osobisty. To się na pewno da odczuć. Dzięki temu mogliśmy dopełnić muzykę w taki sposób, w jaki chcieliśmy. Ja w ogóle bardzo lubię robić te wszystkie rzeczy wokół muzyki. Ma dla mnie ogromne znaczenie to, jak będzie wyglądała okładka płyty, strona internetowa. Pokładam też duże nadzieje w nowych środkach przekazu takich jak Internet. Dzięki nim, można dotrzeć do szerszego grona ludzi na całym świecie. Rzeczy takie jak MySpace czy YouTube są świetnym wynalazkiem. Wreszcie możesz robić co chcesz i pokazać to całemu światu. Nie musisz się przejmować tym, czy jakaś stacja radiowa będzie chciała grać twoje piosenki.
Pytasz też czy zawsze będzie tak przy teledyskach, że to my zadecydujemy o ich kształcie. To jest fajne, ale nie mówię, że inne opcje nie wchodzą w grę. Kiedy pojawia się ktoś z gotowym pomysłem i ma wizję tego, jak można zrobić coś fajnego, to ja zawsze jestem zainteresowany współpracą. Zawsze można porozmawiać i zrobić coś ciekawego, coś nowego. Tak było już nie raz.
Niektóre zespoły przez lata grają podobnie. Wy bardzo się zmieniacie, często też eksperymentujecie z łączeniem różnych gatunków. Z kolei przy tej płycie współpracowaliście z afrykańskimi muzykami. Skąd taka potrzeba zmian?
Zmiany są czymś bardzo ważnym, bez nich nie ma rozwoju, nie ma życia. Zmienia się wszystko wokół nas. My też się zmieniamy. Dlatego to jest moja filozofia, żeby za każdym razem, kiedy ktoś sięga po kolejną płytę Sweet Noise, dostał coś nowego. Nowy dźwięk, nowe przestrzenie, coś, co fascynuje. I to nie musi się wszystkim podobać, bo sztuka nie temu służy. Oczywiście są rzeczy, które tylko po to powstają, żeby się podobać i dobrze, że tak jest. Ale sztuka musi intrygować, poruszać, czasami bulwersować, szokować i wtedy masz do czynienia z artystą, który tak naprawdę wnosi coś w twoje życie. Czasami cię wkurza, czasami tak naprawdę masz tego dosyć, ale po czasie stwierdzasz, że tak, teraz już rozumiesz o co chodziło w tej zmianie. Myślisz sobie wtedy: to jest fajne, bo ja też się zmieniłem, oni też. Dlatego „The Triptic” jest zaskakujące na wielu poziomach: zaskakuje brzmieniem, zaskakuje głosami tych wszystkich osób z Afryki, wymieszaniem rocka z tym klimatem. Jedyne co jest stałe to podstawowe brzmienie, które można nazwać brzmieniem Sweet Noise. Tego nie złamałem i nigdy nie chce. Wiele osób przestrzegało mnie przed tym: nie zrób czasem takiej etnicznej płyty z bębenkami. Ale tak się nie stało. Ja tam pojechałem prywatnie, po energie, którą można dostać od ludzi i od miejsca. Szczególnie mam tutaj na myśli Capetown, które jest położone w magicznym klimacie. Stamtąd aż pulsuje energia, budzą się tobie moce. Artyści jeżdżą tam szukać spokoju, natchnienia. I to jest to.
Ja musiałem uciec z Polski, wyjechać stąd, żeby poczuć siebie jeszcze raz. Przyjrzeć się temu kim jestem i co robię, żeby przywieźć tutaj powrotem energetyczną muzykę, siłę. Bo tutaj tego brakuje. Żyjemy w zgryzocie, w smutku i w jakiejś takiej paranoi, strachu przed rzeczywistością, przed tym co stworzyli nam politycy. Zamiast iść do przodu, gonić nowy świat to oni tworzą totalitarne państwo. To jest złe. Młodzi ludzie się na to nie zgadzają, ale elektorat to inne pokolenie i już nie kuma w ogóle tego, co się dzieje. Mam dosyć już takiej sytuacji i dlatego chciałem wyjechać, by nabrać dystansu, a jednocześnie opowiedzieć nawet innym co się tutaj dzieje. Poszukać takich punktów: może można cos zrobić. W końcu komunikacja budzi zmiany, a ta płyta jest witalna i ma w sobie soki życia. Da ludziom energię, której dzisiaj ludziom tutaj brakuje. A ja właśnie miałem duży problem z tym, aby samemu dokopać się do tej energii, dlatego musiałem wyjechać.
No właśnie, mówisz tutaj o tej niesamowitej energii jaką można ludziom przekazać poprzez muzykę. Wspomniałeś też o innych artystach, którzy jeżdżą po to natchnienie, po siłę. Zatem sztuką można dużo zdziałać. Czy pamiętasz takie płyty, książki, filmy, które na ciebie tak właśnie podziałały?
Jeśli chodzi o literaturę, to na pewno nie są to ksiązki, które czytałem w ostatnim czasie, bardziej rzeczy, które czytałem kiedyś i jeszcze gdzieś tam mi pozostały. Pewnie muszę poczekać, zawsze tak jest. Najważniejsza jaką pamiętam to „Wilk Stepowy”Hermana Hesse. Maksymalnie utożsamiłem się z nią: ze światem przedstawionym, z bohaterem, który idzie przez życie gdzieś tam samotny i zgłębia jeden tor, jeden ślad, w tym wszystkim radzi sobie z samotnością. Dla mnie tak też jest ze Sweet Noise. Wiadomo, mamy dużo fanów, dużo znajomych, ale z czasem grono tych najbliższych się zawęża. Jest niewiele osób, które wytrzymują to tempo. To jest również dla mnie samotność, z która trzeba umieć żyć. Ktoś kiedyś powiedział, że na ten sam szczyt wchodzisz już sam, już nie wchodzi z tobą ekipa, która ci wnosi bagaże i tak dalej. Są bardzo nieliczne osoby. Zawsze istnieje ogromne ryzyko, że ludzie powiedzą: nie to już nie jest to, my nie chcemy już tego słuchać. A to powoduje, że nie każdy zaryzykuje, żeby do końca z tobą być. Druga książka to był „Lot nad kukułczym gniazdem”. Przeżyłem wtedy szok kompletny jeżeli chodzi o literaturę. To jest taka na maxa mocna książka. Ale filmy też potrafią tobą wstrząsnąć, np. Lars von Tier i jego „Taniec w ciemnościach”- naprawdę tak, cios w głowę, poważna rzecz, na długo zapada w pamięć i jest. „Czas apokalipsy”, „Ojciec Chrzestny” – sporo takich filmów, wybieram to bardziej ze względu na aktorów takich jak Robert De Niro, Al Pacino, Harvey Kitel. Wchodzę wtedy w ich role.
Jakie musi być dzieło, które jest w stanie tak mocno oddziaływać na człowieka?
Myślę, że to musi być przede wszystkim jakieś takie głębokie zaangażowanie w to, co ludzie robią. Wtedy nie jest to tylko produkt, ale coś prawdziwego. Czujesz to, kiedy to oglądasz, czytasz czy tego słuchasz i im więcej jest takich działań, to wtedy rośnie ta grupa, którzy są razem w czymś. Kiedy był Bob Marley to nie był tylko on, za nim szedł ruch rasta, potężna grupa ludzi, którzy myśleli o tym, żeby być razem, żeby się wzmacniać, pomagać sobie. Najpierw były to setki, potem tysiące, aż wreszcie miliony. Tymczasem w Polsce sytuacja jest taka, co mnie tez bezpośrednio dotknęło: Już jest grupa, już jest fajnie i pojawia się trzech gości, którzy próbują to wszystko zniszczyć. Wchodzą na fora i atakują, zamiast zastanowić się, co ten człowiek chce im powiedzieć. Pojechał, może opowie coś ciekawego, posłuchajmy. Nie! Oni powiedzą: „Wyjechał, zdradził, to świadczy o tym, że to jest Żyd.” To jest tylko przykład, ale w ten sposób to działa. I już jest pozamiatane. Piękne działanie można zniszczyć w sekundę, bo niszczy się w sekundę, a buduje się latami i to jest właśnie coś, co mi najbardziej przeszkadza: zamiast budować - niszczymy.
Wspomniałeś, że chciałeś wyjechać z Polski, by na moment uciec od tego, co się tutaj dzieje. W waszych tekstach i muzyce poświęcacie najwięcej miejsca człowiekowi. Zależy wam na tym, by docierać do ludzi poza wszelkimi podziałami: politycznymi, rasowymi, wyznaniowymi. W Polsce mocno da się odczuć te podziały? Ludzie agresywnie reagują na różnego rodzaju odmienności? W innych miejscach jest lepiej?
Niestety tak i jestem o tym głęboko przekonany. Co gorsza, to nie jest tak, że u nas niechęć do inności utrzymuje się na tym samym poziomie tylko niestety rośnie. W tej chwili cała frakcja rządząca polega na wskazywaniu palcem: ten to zdrajca, sprzedawca, szpieg. Jeszcze inni grają na znacznie bardziej prymitywnej nucie czyli: świr, pedał, satanista. Wszyscy na siebie wskazują palcem i oskarżają. To doprowadza to takiej sytuacji, że wszyscy powinni być w uniformach, bo jeśli ktoś będzie się odróżniał, to będzie po prostu zły. I to jest potężna fala. Wiesz, dochodzimy do takich paranoi, że jakiś klecha ma pod sobą całe minipaństwo, którym trzęsie i wpływa na wszystkie organy tego kraju. Dodaje, że robi to w imię Chrystusa, a sam jest złem wcielonym dla mnie. Jeżeli ktoś tutaj jest satanistą, to właśnie taki człowiek. Nie wiem czy może być gorzej. Oczywiście, na świecie są różne opcje, ale inne państwa się rozwijają. Czasem powoli ale jednak. Niedawno mój znajomy wrócił z Turcji i mówi do mnie: „Słuchaj cała ta opcja z biciem żon – co ty! Tutaj wszystko się rozwija, Istambuł kwitnie.” Ale to nie tylko to. Ludzie to samo opowiadają mi o Rumunii, o kraju, który dopiero co wchodzi do UE, a już wszędzie widać zmiany, widać, że czekają na turystów, czekają na wszystkich. Tak samo jest w czechach, czy nawet Moskwie. Ja już nie mówię o RPA. Ja pochodzę z mieszanych rodziców, ale reszta ma biały kolor skóry i co? Byliśmy w centrum czarnych gett i wszyscy bardziej byli ciekawi tego co powiemy, niż agresywni w stosunku do nas. Nie było ani razu takich sytuacji. Pewnie to nie jest popularne, żeby mówić, że jest źle, ale jest źle. Jedyne lekarstwo jakie na to mam, to jest ta płyta, która jest przeciwieństwem tego. Ona jest witalna, żywa, jest mocna w tej swojej energii, żeby tym ludziom dać taki oddech.
Powiedziałeś kiedyś, że odczuwasz ogromny głód rozmów, że brakuje u nas dialogu. Wspomniałeś też o tym, że trudno się rozmawia z innymi artystami. Jak to jest: trudno jest znaleźć kompana, z którym można by przegadać całą noc i rozmawiać o poważnych, głębokich sprawach?
O, bardzo trudno. Naprawdę bardzo niewiele jest takich osób. Zawsze w pewnym momencie pojawia się ucieczka, i oderwanie się od tego. Ja znam tylko jedną taką osobę - Vahan Bego. On jest człowiekiem, z którym dzielę właśnie tego typu akcje, że siadamy i praktycznie przez dwa dni gadamy bez przerwy. Jest to cały czas dyskusja, rodzą się wtedy nowe pomysły, część z nich realizujemy, a część zostawiamy na później. Oczywiście, to jest w pewien sposób męczące. Potem musimy od siebie odpocząć. Ja zawsze tęskniłem za takimi bohemami, żeby były całe takie społeczności, cała grupa ludzi np. ruch „Power Flower” kiedyś. Przecież cała idea opierała się nie na tym, że był to jeden Jim Morisson, tylko było piętnastu takich czy dwudziestu. W tym momencie można zmieniać świat i robić rzeczy globalne. Natomiast teraz - szczególnie w Polsce – brakuje tego, jest mało takich sytuacji. Ludzie uciekają od siebie. To jest też taki mój zarzut. Gdyby w tym momencie przełomowym, kiedy sytuacja w kraju wygląda tak jak wygląda, artyści trzymali się razem, wiele rzeczy wyglądałoby inaczej, lepiej. Natomiast teraz jest tak, że młodzi ludzie już nie wiedzą kogo mają słuchać. Artyści, w których wierzyli, np. cała scena rockowa i punk-rockowa lat osiemdziesiątych, teraz się odsunęli i przestali zabierać głos w poważnych dyskusjach. Czujesz się wtedy zawiedziony: jesteś młodym człowiekiem i chcesz inspiracji, rewolucyjnej myśli, tymczasem bohaterowie zawodzą i to jest bolesne. Ja się zawiodłem po całości. Wszedłem jako fan muzyki, takiej niespokojnej wibracji, która zmienia. I pomyślałem sobie tak: super, teraz się wszystko zmienia, oni na pewno nie popuszczą. A tu okazuje się, że jednak moneta, która pojawiła się, była największym magnesem całej tej wolności. Tu nie chodziło o to, że teraz możemy mówić, zmieniać, budować, tylko o to, że teraz możemy wreszcie kupować. Zaczęli rządzić już nie tyle wydawcy, co media. Czyli automatycznie zaczęło się granie w taki sposób, jaki one dyktują. To jest koniec. Nikt nie buduje niezależnych produkcji. Teraz coś się zmienia. Dzięki niezależnym serwisom muzycy mają szansę na zaprezentowanie siebie, ale tego jest w dalszym ciągu za mało. Miejmy nadzieję, że z czasem to się będzie coraz bardziej rozwijać. Tutaj możesz wszystkim pokazać środkowy palec, budujesz swoją własną witrynę, to jest dobre.
Macie już jakieś kolejne pomysły?
Na to jest jeszcze chyba za wcześnie. Ja dopiero wczoraj widziałem pierwszy raz na oczy tę płytę. Ona musi wyjść do ludzi, musimy zbudować mocny skład koncertowy, bo jeszcze tego nie mamy. Będę się teraz na tym skupiał, żeby zacząć grać koncerty i skompletować taki zestaw ludzi, którzy będą mogli jak najlepiej zrealizować moją wizję. Z pewnością będą też następne podróże. Wybieram się niedługo do Stanów, chcę tam zrealizować pewien projekt. Nie wiem jeszcze czy to będzie Sweet Noise czy mój taki projekt awangardowo-noise’owy. Chcę się ruszać, nie chcę stać w miejscu i myślę, że z tych podróży wyciągam najwięcej energii, to jest mi potrzebne.
A Twoja organizacja „Noisenation” działa w dalszym ciągu?
Tak. Cały czas zgłaszają się ludzie muzycy czy inni artyści. Poza tym ciekawe jest to, że już ci ludzie, którzy sami się wyłonili z tego ruchu, dalej to ciągną. Tworzą się oddzielne komórki, które działają i potem zgłaszają się do nas. Także widzisz, to nie jest tak, że te lata pracy są stracone. To wszystko ciągle się dzieje. Efekty są i dają duże powody do radości. Chciałbym jak najwięcej takich rzeczy robić, dalej rozwijać ten kierunek. Jest w tym nadzieja dla ludzi, którzy wchodzą w takie sytuacje i nie mają nic. Wyciągnięcie reki do takich ludzi znaczy bardzo wiele. Ktoś kiedyś mi pomógł i do teraz pamiętam te rzeczy, dlatego jeżeli tylko mogę, to sam to robię.
W takim razie dziękuję ci bardzo za rozmowę i życzę tego, by wszelkie twoje działania coraz bardziej się rozwijały.
Dzięki.

Rozmawiał: cleo
Data: 03.08.2007
Źródło: muzyka.wp.pl
<< Powrót
|